., Codzienność

Historia pewnej miłości

14 lutego – dzień zakochanych. Do końca roku zostało 320 dni. Pamiętam, jak w szkole, zawsze na tę okazję powoływane były specjalne grupy zbierające i roznoszące anonimowe kartki z wyznaniami, podpisane „cichy wielbiciel”. Pamiętam też, że nie dostawałem takich walentynek za wiele. Zawsze byłem zazdrosny o te stosy kopert na biurkach kolegów. Często też planowałem, że za rok sam sobie wyślę taki stos anonimów, żeby reszcie szczęki opadły… jednak nigdy tego nie uczyniłem, serio – nigdy! 😉

FAJNY KUMPEL

Moi koledzy mieli fajne dziewczyny, ładne, sympatyczne, które o dziwo zawsze mnie lubiły. Gdy gdzieś wychodzili, czy jechali na biwak, to piąte koło u wozu brali ze sobą. Wydaje mi się, że traktowali mnie, jak fajnego kumpla, który potrafił wywołać uśmiech na ich twarzach. Lubiłem robić z siebie głupka – i to mi zostało do dziś 😀

Tak więc żyłem sobie sam, bo żadna mnie nie chciała, obok tych wszystkich kochających się par. W dniu, w którym inni kombinowali, gdzie zabrać swoją drugą połówkę, ja wolałem odpalić komputer i pograć w grę. W walentynki czułem się bardziej samotny, niż kiedykolwiek.

ŻYCIOWE ZMIANY

Kilka lat później zmieniłem miejsce zamieszkania. Wielkie wyzwanie – wyprowadziłem się do Warszawy. Nowe otoczenie, praca, nowe życie, nowi znajomi, no i więcej kobiet przypadających na faceta, czyli nowe okazje na podryw. Nikt mnie tu nie znał, więc startowałem od zera. Znajomy załatwił mi pracę w restauracji. Kręciłem placki, nauczyłem się gotować. Wraz z załogą zaczęliśmy chodzić na imprezy.

Któregoś dnia koleżanka z pracy powiedziała, że ma dla mnie fajną dziewczynę, która lubi „hip hopy”. Byłem wtedy niespełnionym „raperem” i od razu stwierdziłem, że będę miał z górki. Nagram jej dwa kawałki, rozkocham w sobie, zrobię dziecko i już mnie nigdy nie zostawi. Brzmi jak scenariusz z trudnych spraw, których jeszcze wtedy nie było w telewizji, nie?

Tak na serio, to stwierdziłem – czemu nie. Dawno nie umawiałem się z nikim. Może w końcu czas porzucić głupie gierki i rozwinąć swoje życie towarzyskie?

PIERWSZE SPOTKANIE

Pierwsze spotkanie odbyło się przed pewną warszawską galerią handlową. Mieliśmy iść całą paczką na piwo. Wtedy ją zobaczyłem… Przedstawiliśmy się sobie, no i na tym koniec. Jak się okazało później, dziewczyny nie mogły jednak pójść z nami. Słaba wymówka. Od razu wiedziałem, że po prostu jej się nie spodobałem. Próbowałem sobie wmówić, że ona mi też nie bardzo.

Później owa laska zaczęła pracować u nas w restauracji. Wpadła w oko wszystkim kucharzom, ale oni wiedzieli, że już sobie ją „zaklepałem”…no i karuzela ruszyła.

Specjalnie zacząłem palić papierosy (wcześniej popalałem troszkę), abyśmy mogli wspólnie wychodzić na jednego, na parking i trochę razem pobyć. Nie ważne, że nasze parkingowe randki polegały na tym aby stać w ciszy i nic nie mówić, ważne, że chodziliśmy tam razem! HAHA.

KOLEJNY KROK

Któregoś dnia, stwierdziłem, że pora zrobić kolejny krok. Miałem dzień wolny, ona z tego co się dowiedziałem też, więc napisałem do niej na gg. No i czekałem, czekałem, czekałem…… czekałem…. Aż w końcu odpisała. Zaproponowałem jej wspólny wypad na piwo i o dziwo zgodziła się. Pierwszy sukces, fanfary, serpentyny i wyimaginowane fajerwerki zaczęły fruwać nad moją głową. Pierwsza randka nie mogła zacząć się gorzej, bo oczywiście nie znając Warszawy spóźniłem się jakieś 30minut. Naprawdę nie mogłem znaleźć Kolumny Zygmunta!?! Tak wiem, wszyscy mają problem z zauważeniem tego pomnika, bo w ogóle nie rzuca się w oczy… No ale w końcu dotarłem i poszliśmy na to piwo…później drugie, następnie trzecie – potańczyć gdzieś indziej – czwarte piwo no i chyba piąte. Słabo to pamiętam.  Utkwiło mi za to w głowie, że zamiast ze mną to później owa laska tańczyła sama ze sobą na scenie w rytm bitów puszczanych przez jakiegoś DJ’a ska… coś tam dalej. No i tańczyła sobie sama, a ja nie miałem w sumie nic przeciwko, bo kiepski ze mnie tancerz. A ona serio potrafiła się ruszać. Po imprezie, buzi buzi i każdy do swojego domu.

Następnego dnia obudziłem się, nie tylko z wielkim bólem głowy zwanym kacem, ale również z wielkim bananem na ryju. Dawno się tak dobrze nie bawiłem. Telefon w dłoń i sms do owej laski z podziękowaniami za cudowny wieczór – cisza….. dalej cisza…. cisza przez kolejne dni.

No fajnie Marcin idioto – pewnie coś zrobiłeś, albo powiedziałeś nie tak. Brawo Ty – geniuszu. Spotkaliśmy się dopiero w pracy. Pomimo moich zalotnych uśmiechów, ona unikała spojrzenia. W końcu po kilku dniach udało nam się pogadać. Okazało się, że miała po prostu wyrzuty sumienia i moralniaka po tych tańcach ;).

Mieliśmy jeszcze sporo okazji, żeby razem gdzieś wyskoczyć. Były wspólne imprezy, nauka MENU restauracji w łazienkach. W końcu pojechaliśmy razem na majówkę. No i tak powoli nasza znajomość przeistaczała się w coś więcej. Z małej poczwarki zaczęła być motylem i to pięknym motylem, najpiękniejszym jakiego widziałem do tej pory.

MIŁOŚĆ

Pierwsze Kocham Cię napisałem jej palcem na plecach. Jej kocham padło nieco później. Zamieszkaliśmy razem, gdzieś po drodze nagrałem jej płytę, oświadczyłem się, wzięliśmy ślub i zaczęliśmy planować wspólnie dziecko. Wiadomo, że przez te lata było trochę kłótni. Rozstawaliśmy się i wracaliśmy do siebie kilka razy (fakt, że bez rzucania przedmiotami, a rozstania nie trwały dłużej niż kilka godzin). Były momenty zwątpienia i kryzysy, jak w każdym związku. W końcu na świecie pojawiła się nasza cudowna córka i stworzyliśmy prawdziwą rodzinę.

Owa dziewczyna ma na imię Justyna. Jesteśmy razem już, albo dopiero, jakieś osiem lat. Owa dziewczyna jest matką mojej córki. Najlepszą matką, jaką mogłem sobie wymarzyć dla własnego dziecka. Jest miłością mojego życia. Pomimo, że coraz częściej towarzyszy nam rutyna i wszystko przestaje być takie kolorowe, jak na początku, to i tak JĄ KOCHAM i nigdy nie przestanę. Dzięki niej te wspólnie spędzone lata były najwspanialszym okresem w moim życiu. Nie zamierzam oddać jej nikomu. Owa dziewczyna jest częścią mnie, uzupełnieniem moich niedoskonałości. Bez niej organizm zwany Marcinem nie będzie funkcjonował prawidłowo. Jest tą ostatnią niteczką trzymającą wszystko w kupie. I nawet to, że poszła ze mną na tę pierwszą randkę z nudów, nie zmieni tego co do niej czuję. Życzę wam wszystkim cudownych i pełnych miłości Walentynek. Powiedzcie swoim drugim połówkom jak bardzo je kochacie i przypomnijcie sobie, jak się poznaliście. Gwarantuję, że uśmiech zagości na waszych twarzach. Miłego!

22 thoughts on “Historia pewnej miłości

  1. To już 8 lat!? O matko.. fajne czasy 🙂 A ta kolumna to pewnie moja wina 😉
    Oczywiście na koniec historii musiałam się poryczeć.. ahh! 😍😊

  2. To już 8 lat?! Fajne czasy! 🙂
    A ta kolumna to pewnie moja wina… 😉
    Oczywiście na koniec musiałam uronić łezkę. Ahh! 😊😍
    Ps. To dopiero początek bloga, a ja już się uzależniłam !

    1. Skoro uroniłas łezkę to znaczy, że cel został osiągnięty.
      Mam nadzieję, że to dopiero początek i Twoje uzależnienie będzie coraz większe! Pozdrawiamy gorąco!:)

  3. Oj Marcinie a jak sobie pomyślę wstecz ile par było w klasie a żadna z nich nie przerwała. Każdy znalazł szczęście gdzieś indziej 😉 ale ja nie jestem romantyczka więc moje walentynki wyglądały tak KFC I FAJNY FILM na którym i tak zasnelismy bo męczący dzień był za nami. Dziecko budzi się częściej niż zwykle. Ciąża przypomina o sobie każdego ranka. I gdzie tu romantyzm heh. Ale ważne że się kochamy.
    I życzę wam dużo miłości!

    1. No kilka par było to fakt, kilku parom nawet wróżyłem coś więcej niż tylko związek szkolny, a jednak życie zweryfikowało wszystko. Są różne rodzaje romantyzmu;). Wam również życzymy dużo ciepła i miłości;)

  4. Materiał na komedię romantyczną jak nic:). Przyjemnie się czyta (gratuluję talentu pisarskiego), nie tylko tę historię, ale w ogóle cały blog. Na pewno wielu rodziców może znaleźć jakie podpowiedzi dla siebie. Co prawda ja nie posiadam jeszcze maluszka, ale wszystko przede mną;). Na pewno nie zawaham się podpytać o co nieco:)

  5. Fajnie się czyta takie wyznania ze strony faceta. Mój mąż tez ostatnio napisał o naszej miłości w ramach kampanii #dbambokocham, w której braliśmy udział.

  6. Piękna historia <3

    Swoją drogą – mój narzeczony to też Marcin i zawodowo jest informatykiem, a hobbistycznie jara się rapem i od czasu do czasu coś nagrywa 🙂 No i mieszkamy w Warszawie 🙂

  7. o rany, jak ja sie wzruszylam… piekna ta Wasza historia, od razu przypomnialam sobie jak poznalam sie z Pawlem. czytalam plakalam i usmiechalam sie do ekranu. szczescia Wam zycze na kolejne lata

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.