., Dziecko

Co z tym dzieckiem…? Kolki?

Co z tym dzieckiem…? Kolki?

Najcięższe miesiące, jak do tej pory, mamy za sobą. Teraz delektujemy się chwilami wytchnienia. Jesteśmy mądrzejsi o setki przeczytanych artykułów, publikacji, wpisów, a zwłaszcza własne doświadczenia i konsultacje ze specjalistami. W teorii wiedzieliśmy dużo, a w praktyce…no cóż u Zosi nic nie przebiegało książkowo.

Cofniemy się kilka miesięcy wstecz. Jak znaczna część rodziców, mieliśmy problem z męczącymi kolkami (chociaż teraz to sama nie jestem pewna, czy to były kolki, czy może układ nerwowy naszego wymagającego dziecka w taki sposób reagował na otaczający świat? Czy nasza wrażliwa istotka właśnie tak przystosowywała się do życia w tym głośnym świecie bombardującym ją ogromną ilością bodźców, których w łonie matki nie było?) .

Ale zacznijmy od początku.

Już w pierwszej dobie życia, w szpitalu, nasze maleństwo było najgłośniejsze na całym oddziale. Po 24h od cesarki zaczęło się. Przeraźliwy płacz, prężenie, odchylanie główki. Zosia jest naszym pierwszym dzieckiem i nie mieliśmy pojęcia, co się dzieje. Wszystkie inne noworodki grzecznie spały w szpitalnych wózeczkach, a u nas – szaleństwo. Nie przesadzaj, w sali obok było jeszcze lepsze dziecko, tatuś biegał zdecydowanie częściej do dyżurki niż ja 😀  Pamiętam, jak kilkukrotnie, zgięta w pół, ledwo chodząca po zabiegu musiałam w środku nocy przemierzać puste korytarze w poszukiwaniu pomocy. Jedna położna zrzucała wszystko na odruch moro, inna na „kryzys drugiej doby”. Generalnie zostawałam zbywana i wciąż nie wiedziałam, co się dzieje z moim dzieckiem. Niestety mnie traktowały tak samo, czułem się wtedy jeszcze mniejszy niż jestem, jak patrzyły na mnie z miną, jakby to było takie normalne i oczywiste. A ja jestem ignorantem, że tego nie wiem. Kolejnego dnia znowu stałam pod gabinetem. Bardzo nie lubię wyolbrzymiać i być natrętna, ale miałam nadzieję, że w końcu ktoś się nad nami zlituje i pomoże. Udało się. Znalazła się życzliwa położna, która próbowała różnych metod – bujania, kładzenia na brzuszek – w końcu stwierdziła, że nie ma już pomysłu na to dziecko. Znowu zostaliśmy sami. Ledwo przytomna tuliłam, bujałam, przystawiałam do piersi i jakoś przetrwałyśmy.

Przeszukiwałam Internet, podejrzewałam wzmożone napięcie mięśniowe i mnóstwo innych rzeczy. W końcu kolejnego dnia lekarz stwierdził „ma kolki”. Przeważnie problem ten pojawia się koło 3 tygodnia życia. My zmagaliśmy się z nim od samego początku. Nie było wieczornych napadów. Doskonale pamiętam, jak kiedyś Zosia prężyła się i płakała prawie bez przerwy przez cały tydzień, a my załamywaliśmy ręce. Chwilami miała tak silne te kolki, że potrafiła przewrócić się z pleców na brzuszek. Któregoś dnia, gdy dostrzegłam krew w pieluszce spanikowałam. Ściągnęłam Marcina z pracy i w trybie natychmiastowym zabraliśmy Zosię do lekarza, na USG brzuszka i główki, zrobiliśmy badanie moczu. Brzuszek okazał się zagazowany i został zdiagnozowany refluks. Lekarz stwierdził, „że póki je i sra” to jest wszystko dobrze, a dziecko musi płakać. Dodał jeszcze, że skoro mąż nie pierdo**** do tej pory drzwiami i nie wyszedł z domu to nie drze się, aż tak bardzo. To akurat było zabawne (dla mnie niekoniecznie). Odwiedziliśmy też terapeutkę niemowląt. Pokazała nam, jak prawidłowo nosić Zosię, ubierać, przewijać. No tak – pomimo lekcji w szkole rodzenia popełnialiśmy trochę błędów. Jednak z żywym dzieckiem wszystko wygląda zupełnie inaczej… Nauczyła nas też masażu Shantala. Pomimo stosowania się do zaleceń i przepisanych leków problem się nie zmniejszył. Wprowadziliśmy nawet „sławne” kropelki z Niemiec – i nic. W naszym wypadku pomógł czas. Chwilową ulgę przynosiły masaże brzuszka i kateterki, które gorąco Wam polecamy na odgazowanie. Warto również podawać dziecku probiotyk.

Napady stawały się coraz rzadsze i w końcu, w okolicach 2 miesiąca życia przeszły!!!

Zosia od urodzenia była wymagającym dzieckiem. Cudownym, ślicznym, ale wiecznie wiszącym na piersi i nieodkładalnym. Zauważyłam, że lekarze uwielbiają zwalać wiele dolegliwości na kolki. Jednak najlepiej dla własnego spokoju sprawdzić inne możliwości, zrobić potrzebne badania i uzbroić się w cierpliwość, bo czas jest najlepszym lekarstwem.

Czy mieliście to szczęście i kolki ominęły Wasze dzieci? Czy może również zmagaliście/zmagacie się z tym problemem?

Oczywiście nic nie zastąpi fachowej porady medycznej, ale wsparcie i rozmowa z osobami, które przeszły lub przechodzą przez to samo bardzo wspiera i podnosi na duchu. Jesteśmy do Waszej dyspozycji:)

 

10 thoughts on “Co z tym dzieckiem…? Kolki?

  1. Czytając Waszego bloga uświadomiłam sobie, że bardzo dobrze się stało i drugiego syna urodziłam w U.K. Kiedy ponad 7 lat temu trafiłam do szpitala tydzień przed terminem bo miałam regularne skurcze i wypadł mi czop , panie położne chciały odesłać mnie do domu bo rozwarcie za małe. Na sali rodziły 3 dziewczyny w tym samym czasie. Dwie z nich były niepełnoletnie i z tego porodu jedna położna była dla nich bardzo niemiła co było bardzo przykre bo ich zadaniem jest pomoc a nie krytyka. Żadna z nas nie mogła liczyć na znieczulenie. Po 24 godzinach siłami natury wkońcu na świecie pojawił się nasz pierwszy syn. Po 2 godzinach przywieźli synka na salę. Byłam wykończona a szanowna pani powiedziała do mnie tylko, że mam za godzine zaczać chodzić bo jak nie to one przyjda i na siłe będa mi kazały chodzić. Całe szczęście nasze maleństwo było najgrzeczniejsze na sali. Zaczeło się po powrocie do domu. Płacz, płacz, płacz…Podejżewałam kolki wiec zaczełam uważać na to co jadłam bez efektów…Podobnie jak u was okolo 2 miesiąca było już lepiej. Nie były to kolki a więc co innego ??

    1. Bardzo często nasi rodacy narzekają na angielską służbę zdrowia. Naszego drugiego syna urodziłam własnie w U.K i muszę przyznać, że bałam się porodu w angielskim szpitalu. Bardzo szybko okazało się, że różnice są ogromne. Położna skierowała mnie na dodatkowe usg bo maleństwo przestało rosnąć. Lekarze szybko zadecydowali, że najlepszym rozwiązaniem będzie wywołanie porodu.Tego samego dnia przygotowaliśmy starszaka na status ” starszy brat” i wyruszylismy do szpitala. Każda rodząca ma swój pokoj z łazienką! Dodatkowo jest sala z dużą wanna, z ktorej można skożystać. Kiedy poròd był już w fazie zaawansowanej zostaliśmy ” przeniesieni” na typową salę porodową (każda rodząca ma do dyspozycji 2 położne).Miałam możliwość wyboru znieczulenia( chyba 5 różnych ), oczywiście wybrałam bo drugi poród wbrew tym co mówią był dużą gorszy:( jednak nie byłam już w stanie siedzieć bo porod nabrał tępa. Szybko pomogli mi wybrać inna opcje znieczulenia.Po całej akcji dziecko było badane na sali i odrazu wruciło do mamusi.Panie położne przyniosły kawke dla mnie I męża i po 10 minutach dostaliśmy również sniadanko:) Mogłam spokojnie się umyć bo na każdej sali porodowej jest łazienka aby matka nie czuła dyskomfortu i nie musiała czekać w kolejce 🙂 Sale poporodowe rownież różnią się od naszych Polskich sal. Jest to jedna duza sala a na niej 6 łóżek , przy kazdym szafka , tv i stolik z 2 krzesełkami ale i tu możemy czuć się bardziej komfortowo niż w Polskim szpitalu bo każda matka ma możliwość zasłonięcia się kotarą. Położne przychodziły co 2 h i sprawdzały czy wszystko wporządku. Panie salowe również do późnych godzin nocnych proponowały ciepłe napoje i dzbanek wody.Kazda matka ma możliwość wyboru posiłku. Drugiego dnia po porodzie położna prosiła mnie abym zjadła i przyszla z dzieckiem na badania.Kiedy poniedziałam , że zjem poźniej stanowczo odmówila mówiąc, że muszę mieć siłę. Na drugi dzień po powrocie do domu odwiedziła nas położna. Zważyła zmierzyła, sprawdziła czy w szpitalu udzielili nam wszystkich informacji. Położna odwiedziła nas jeszcze 4 razy dlatego, że maleństwo sporo staciło na wadze i słabo przybierał…

      Już tydzień po porodzie zaczeły się problemy. Synek nawet godzinę po jedzeniu wymiotował.Najgorzej było w nocy kiedy spaliśmy a on sie dławił. Po 3 tygodniach skonsultowałam to z lekarzem. Diagnoza – reflux. Zostaliśmy leki ( gaviscon infant) jednak nie zauważyliśmy efektów. Zdecydowałam kupić mleko antyrefluksowe. I to był strzał w 10. Maluch zaczął lepiej przybierać na wadze, ulewał a nie wymiotował non stop jednak chcialam karmić maleństwo chociaż w dzień piersią. Wciskałam na siłę okropny w zapachu i znaku gaviscon i probowałam karmić. I tu zaczeły sie „schody „.- Jak nakarmić dziecko skoro po 5 minutach dziecko jedzac wymiotuje ?! – Jak karmić piersią kiedy nagle drugie dziecko zaczyna z niewiadomych przyczyn chorować?
      Próbowałam ale poległam i kiedy maleństwo skończyło 3 miesiące na stałe zagościła u nas „butelka”.Na początku byłam zła na siebie, że sie poddałam ale po 6 tygodniach mogę powiedzieć, że jest mi o wiele lżej psychicznie i fizycznie. Kiedy nasz starszy syn zachorował a lekarze nie potrafili postawić jedej diagnozy staraliśmy ( a w zasadzie starałam sie bo mąż dużo pracował) separować chlopców. Tylko jak wytłumaczyć 7 latkowi, który kocha brata ponad wszystko, że nikt nie wie co jemu dolega a nie może brata zarazić???!!!Częste wizyty ze starszakiem u lekarza zaczynały kolidować z karmieniem. Nie byłam w stanie w 30 minut nakarmić głodnego niemowlaka ubrać i biegiem odebrać starszaka ze szkoły aby zdążyć na wizytę. Takie nieplanowane wizyty mieliśmy 1 do 3 w tygodniu.
      Jak się z tym czułam?? Okropnie. Byłam wykończona fizycznie i psychicznie. Bolało mnie wszystko. Moje piersi w nocy byly przepełnione mlekiem ale bałam sie karmić bo widok dławiącego się niemowlaka nie jest niczym przyjemnym…Byłam też zmeczona tym wszystkim. Mam nadzieję, że najgorsze za nami. Oczywiście na każdym kroku słyszałam glosy pogardy ze strony rodziny bo przeszliśmy na butelkę. Nikt nie starał sie zapytać dlaczego czy pomoc w czymkolwiek. Podobno z drugim dzieckiem jest już łatwiej:😉

    2. Ja też bardzo uważałam na to, co jem. Na polecenie lekarza wykluczyłam z diety nabiał. Oczywiście nic nie przyniosło rezultatów. Żadne kropelki, probiotyki…dosłownie nic. Teraz, gdy zgłębiliśmy swoją wiedzę na temat high need baby, z perspektywy czasu myślę, że to nasze wymagające, wrażliwe dziecko mogło w taki sposób reagować na docierające do niej bodźce z otoczenia. Manifestować swoją potrzebę bliskości i lęk, który odczuwała. W wolnej chwili zapoznaj się z naszymi nowymi wpisami na ten temat.

    3. Kochana, dzięki za podzielenie się swoimi doświadczeniami. Nie miałam pojęcia, jak wygląda angielska służba zdrowia. Osobiście mam traumatyczne doświadczenia porodowe. Dwukrotne nieudane wywoływanie, w końcu infekcja wewnątrzmaciczna, przebicie pęcherza płodowego. Wody odeszły i „rodziłam” 8 godzin, skurcze co minute, mega ból. W końcu, z powodu braku postępu porodu i wysokiej temperatury, zakończyło się cesarką. Przez 5 dni nic nie jadłam. Po porodzie ważyłam 3 kg mniej niż przed. A najgorsze, że dziecko już miało niską saturację i „wyjęli” ją dosłownie w ostatniej chwili. Później niestety też nie spotkałam się ze zbyt dużym wsparciem. Po takich przejściach, zupełnie bezsilna i obolała usłyszałam od położnej „to wasze dziecko, róbcie co chcecie”. Niestety w naszej służbie zdrowia panują coraz większa znieczulica. Chce mieć kolejne dziecko, ale na samo wspomnienie porodu mam łzy w oczach.
      Też przechodziliśmy przez refluks. Na szczęście problem nie był, aż tak poważny, jak u Was. Pamiętaj, że Ty jesteś matką i wiesz, co dla Twojego dziecka jest najlepsze. A najważniejsze jest to, żeby zdrowo rósł i się rozwijał. Samopoczucie matki również ma ogromne znaczenie. Tak więc myślę, że podjęliście słuszną decyzje. Ludzie zawsze będą krytykowali. Niestety taka jest ich natura. Zycie później wszystko zweryfikuje, gdy sami staną przed trudnymi wyborami. Życzę Wam dużo siły i wytrwałości.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.